Wysłane przez Karol_B, dnia 2009-06-27 o godz. 16:00
Tarot jest bezpośrednim wejściem w magię. Karty zostały tak pomyślane, aby demony mogły działać we wszystkich obszarach życia człowieka i odgrywać rolę istoty wszechwiedzącej. Sam fakt posługiwania się kartami tarota jest równoznaczny z używaniem zaklęć w celu przywoływania duchów...
Osoba wróżąca nie musi o tym wiedzieć, poza tym chodzi właśnie o to, żeby nie wiedziała. Kiedy zadajesz kartom pytanie o przyszłość, wtedy łamiesz pierwsze przykazanie. Demony kart nie znają przyszłości. Mają jednak intelekt i potrafią łączyć pewne zdarzenia. Zły nie zna też naszych wszystkich myśli. Są wróżki, które myślą, że dary te pochodzą od Boga. Taka osoba jest podwójnie zapętlona.
Moje życie składało się z kart. „Ktoś” od lat pomagał mi rozwijać talent wróżbiarski. Zły zaczął się stopniowo ujawniać w moim życiu. W końcu podjęłam próbę wyzwolenia. Ania: "Zajmowałam się tarotem marsylijskim, jednym z najcięższych, jeśli chodzi o magiczne (demoniczne) możliwości. Nawet teraz przechodzą mnie ciarki, kiedy do tego wracam… "
Karty były moim życiem
Na początku musiałam się nauczyć rozkładów, opanować znajomość symboli i powiązań między kartami. Trochę mi to zajęło, ale bardzo się starałam i angażowałam całą siebie. Kontemplowałam karty, rozmawiałam z nimi jak z ludźmi. Właściwie już po kilku tygodniach czułam, że mi wychodzi. Znajomi pytali, a ja im mówiłam, co się wydarzy i co robić, żeby być szczęśliwym (Panie Boże, przepraszam!). Wróżyłam bez opłat. Po roku byłam świetna, po dwóch – rewelacyjna. Właściwie zajmowałam się tylko tym. Przychodziły do mnie koleżanki, a ja wspierałam je w trudnych sytuacjach życiowych, służyłam radą, którą podpowiadały karty. Miałam misję – chciałam pomagać innym. Nie było w tym nic złego, tylko sposób, jaki wybrałam, okazał się zupełnie zgubny. Moje życie składało się z kart tarota.
Wtedy jeszcze nie działy się żadne nadzwyczajne rzeczy. Na początku chodziłam do kościoła, byłam lubiana, trochę zamknięta, ale zawsze uśmiechnięta i miła dla ludzi. Potem Kościół nie był mi już jakoś potrzebny, przestałam uczestniczyć we Mszy świętej (na długie lata, jak się okazało). Wszystko by tak pewnie trwało, gdyby nie mój tata, który zauważył, że siedzę w domu, nigdzie nie wychodzę i coraz gorzej wyglądam. Domyślił się, że źródłem problemu mogą być karty – moje jedyne zajęcie. Pewnego dnia, po przyjściu ze szkoły, chciałam je pokontemplować. Sięgnęłam do szuflady, a tam ich nie było! Ogarnęły mnie furia i rozpacz. Za wszelką cenę musiałam ich dotknąć, żeby poczuć się bezpiecznie. Zaczęłam krzyczeć, a potem prosić, żeby rodzice oddali mi karty. Czułam się tak, jakbym błagała o życie, stojąc pod ścianą i czekając na egzekucję. To, co się ze mną działo, nie było normalne. Podjęłam próbę wyzwolenia się z nałogu...
<>< <>< <><
"Kapłan na motorze "
ks. Krzych „Maślak”
Proszę sobie wyobrazić chłopaka, który po latach służby ministranckiej popadł niejako w rutynę. Do kościoła chodził nadal, ale głównie dlatego, że przeżycie niedzieli bez Mszy świętej było w rodzinie nie do wyobrażenia. Przez cały czas, gdy był w liceum, Pan Bóg „milczał”. Aż do dnia, gdy chłopak ten, wraz ze swoją sympatią, wybrał się na spotkanie do młodzieżowego duszpasterstwa. Drzwi do kościoła zastali jednak zamknięte. Kiedy zapukali do mieszkania proboszcza, usłyszeli coś jakby: „Aha?” lub „Czego?”. Starszy już duszpasterz chwilę zastanawiał się, czy warto otwierać świątynię dla dwóch osób, w końcu – zaprosił ich do swojego mieszkania. Tam, na nocnym stoliku, odprawił dla nich Mszę świętą. Użył kielicha, który miał jeszcze od swojej pierwszej Mszy świętej. Podczas homilii zdania z Ewangelii łączył ze swoimi, nie zawsze pochlebnymi, opiniami o młodych. Całość była jednak tak osobista, tak wiele mówiła o jego własnej wierze, że… chłopak poczuł wreszcie, czym jest Eucharystia. Docierało do niego wyraźnie, że ksiądz włącza ich dwoje w swoją modlitwę, a całą trójkę łączy z niebem i Kościołem. To wtedy nabrał przekonania, że nic bardziej wartościowego nie może ludziom dać. Został kapłanem.
<>< ><> ><>
"Jestem księdzem szczęśliwym! "
Ks. Mariusz
Mam 33 lata. Od czterech lat jestem księdzem diecezjalnym. Wcześniej zawodowo zajmowałem się fotografią, która nadal jest moją pasją. Ukończyłem studium pomaturalne w tym kierunku, a następnie przez prawie dwa lata pracowałem w jednej z ogólnopolskich gazet. Raczej nic nie wskazywało na to, że w przyszłości będę robił coś diametralnie innego. Stało się jednak inaczej. W pewnym momencie, gdy uznałem, że praca fotografa to nie jest to, czym chciałbym zajmować się przez całe życie, usłyszałem wyraźny głos powołania. Nie zastanawiałem się zbyt długo, sięgnąłem po książkę telefoniczną i zadzwoniłem do seminarium. Umówiłem się na rozmowę z księdzem rektorem i zostałem przyjęty. Ksiądz rektor miał jednak pewne wątpliwości związane z moim wakacyjnym wyjazdem do pracy za granicę. Obawiał się, że ugrzęznę tam i już nie wrócę. Jednak zapewniłem go, że może być o to spokojny, bo wyznaję zasadę, wypowiedzianą przez Pawlaka – bohatera filmu Sami swoi: „U mnie słowo droższe pieniędzy”.